05.05.2020

Historie likwidatorów (część 3)

Zdjęcie i wideo

Historia Iwana Szawreya



Szawriej Iwan Michajłowicz urodził się 3 stycznia 1956 r. we wsi Belaya Soroka w Republice Białoruś. Po ukończeniu wojska dostał pracę w straży pożarnej VPCh-2 do ochrony elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Iwan Michajłowicz mieszkał z rodzicami i dwoma braćmi we wsi Belaya Soroka na granicy Ukrainy i Białorusi. Bracia byli silnymi, silnymi mężczyznami. W domu robili prace domowe, pomagali rodzicom. Ojciec rodziny był zapalonym rybakiem i na tej podstawie poznał ówczesnego szefa HPV-2 w elektrowni jądrowej Eropkina Fiodora Iwanowicza. Następnie ojciec poradził synom, aby zabrali się na nabożeństwo. Pierwszy poszedł do służby Iwan, zaraz po wojsku. Po 3 latach brat Leonid służył już z nim w jednej jednostce, a nieco później dołączył do nich ich trzeci brat Piotr.

25 kwietnia 1986 roku był najzwyklejszym dniem. Objąłem służbę z moim strażnikiem. Noc była ciepła. Wyszliśmy z dyspozytorem i dziennym pracownikiem garażu na ulicę na przerwę na dym. Stali i rozmawiali o tym, że wiosna była jakoś nienormalnie ciepła i wczesna, że ​​niedługo też trzeba sadzić ziemniaki. To było bardzo nieoczekiwane. Na konsoli środkowej uruchamiany jest alarm. Nasz dyspozytor Siergiej Lyagun podbiegł do konsoli i był oszołomiony. Pierwsze wrażenie było takie, jakby cały przeciwny system bezpieczeństwa był objęty ochroną. Potem usłyszeliśmy głuchy pop. Początkowo sądzono, że to wyładowanie pary z pierwszego etapu. Byliśmy do tego przyzwyczajeni i nie zwracaliśmy uwagi. Po tym, jak wybiegłem na ulicę, poczułem, że wszystko zadrżało. Gdzieś w środku stacji były dwie eksplozje, potem eksplodowały z taką siłą, że wszystkie zachodzące na siebie dachy nad czwartym blokiem zamieniły się w okruchy. Była to ognista czarna kula, która znajdowała się setki metrów nad reaktorem. Siła wybuchu była tak duża, że ​​żelbetowe płyty stropowe zostały rozrzucone po całym terenie na setki metrów. Dyspozytor włączył alarm, a my tam pojechaliśmy...
 

Wołodia Prawki, szef naszej straży, i mój brat Lenya pobiegli na rekonesans maszynowni w celu ustalenia, jak ułożyć węże strażackie i zaopatrzyć w wodę. Absolutnie wszystkie suche rury zostały rozerwane. Każdy z nas chwycił cztery zwoje rękawów i wspiął się po zewnętrznych schodach budynku trzeciego bloku na poziom 71. Był to dach czwartego reaktora wzdłuż rzędu „A”. W tym czasie płomień rozprzestrzenił się na dach trzeciego bloku energetycznego. Pravik wydał rozkaz przejścia do rzędu „B”. Natychmiast przybył strażnik SVHCH 6 z Prypeci, aby nas zastąpić, a my zeszliśmy na dół, objechaliśmy blok i ponownie weszliśmy na dach. To było żywe piekło. Było bardzo gorąco z powodu wysokiej temperatury, praktycznie nic nie widać z powodu silnego dymu. Wszędzie wokół płonął ogień, a pod stopami znajdowały się grudki rozgrzanego do czerwoności grafitu reaktora.
 

Byliśmy tam około godziny, aż zachorowaliśmy. Wszystko zaczęło unosić się przed moimi oczami, poczułem silne zawroty głowy. Pamiętam, jak podbiegła do mnie Valera Dasko, a mój brat Petya krzyczeli, że zejdziemy. Karetki już tam czekały. Ale nie było na to czasu. Pospieszyłem do rzędu „A” do moich węży strażackich, za które byłem odpowiedzialny. Faceci ze strażnika z Kibenk byli już nadzy. Zdjęli tuniki, już się źle czuli. Sam Kibenko, Wasia Ignatenko i Waszczuk zostali stamtąd ściągnięci.
 

Potem poklepałem Ignatenkę po policzkach, żeby się opamiętał, a on strasznie wymiotował. Zapytałem go, jak się ma? Był już w stanie odpowiedzieć mi ochrypłym głosem: „wszystko w porządku, teraz splunę”. Wtedy zdałem sobie sprawę, że zaczynam pływać. Ciemne w jego oczach. Wciągnęli mnie też w ramiona. Kiedy jechaliśmy do jednostki medycznej w Prypeci, strasznie wymiotowaliśmy, nie przestając. W oddziale medycznym natychmiast wysłano nas pod prysznic i tam zacząłem tracić przytomność i prawie nic nie myślałem.
 

Niemal natychmiast wysłano nas do Moskwy, do szóstego szpitala. Tam kiedyś udało mi się dostać na oddział mojego dowódcy Wołodyi Prawika. Kiedy wszedłem na oddział, ujrzałem widowisko nie dla osób o słabym sercu. Wołodia był przykryty prześcieradłem. Części ciała, które nie były zakryte, były całe czarne, a usta spuchnięte. Zmarł kilka dni później. Był jedynym, który zginął z naszej straży. Podobno przez to, że wszedł do hali reaktora, złapał ogromną dawkę. Wszyscy faceci umierali straszliwą śmiercią... Spędziłem tydzień nieprzytomny i przeżyłem trzy kryzysy. Potem przyszła do mnie nasza lekarka Aleksandra Fiodorowna Shemardina, było to nieoczekiwane, pogratulowała mi w dniu urodzin. Niespodziewanie, bo moje urodziny są na początku stycznia. Po jej słowach, że będę żył, nie mogłem powstrzymać łez.
 

Na pamięć moich zmarłych przyjaciół przysięgam, że mówię prawdę. Mniej więcej miesiąc przed wypadkiem dotarłem do mojej rodzinnej wioski Białe Soroki. A w nocy śniła mi się... Matka Boża. Coś niewyobrażalnie wielkiego, olśniewająco promiennego. Nie widziałem konturów postaci ani twarzy, ale ja, trzydziestolatek i daleki od religii facet, z jakiegoś powodu od razu zorientowałem się, że to Matka Boża. Najwyraźniej to był znak.

+
Nie spiesz się, aby zamknąć stronę

Czy na pewno zapoznałeś się ze wszystkimi ofertami i promocjami naszej firmy?